piątek, 10 czerwca 2016

Rozdział 7

- To nie jest normalne i sprawiedliwe, żeby kazać nam sprzątać każdą klasę w tej durnej szkole! - warknął Fredrik. - Po jaką cholerę to się przyda? Jedna lekcja z Puchonami i wszystko wróci do poprzedniego stanu…
- Czy ja naprawdę musiałam utknąć na szlabanie akurat z tobą, Weasley? Zaczynam myśleć, że jesteś bardziej irytujący niż Jęcząca Marta - głos zabrała Rosie, w duchu obiecując, że nie zapomni tego dyrektorce.
- Ale rację musisz mi przyznać, wredna Ślizgonko - przewrócił oczami.
- Było wziąć różdżkę geniuszu. Gdyby nie to, że Mcgonagall złapała mnie na korytarzu, siedzielibyśmy sobie każdy w innym kącie i mieli robotę z głowy.
- Cóż… niestety ci nie wyszło i nie siedzimy sobie każdy w innym kącie! A dla twojej wiadomości… Szanowna dyrektorka odbiera nam różdżki przed każdym porannym spotkaniem - odpowiedział.
- Salazarze! Trzymaj mnie, bo zaraz komuś powybijam zęby - Lestrange spojrzała błagalnie ku górze. - Zamknij się głupia ruda istoto i weź do pracy, bo nie zdzierżę przedłużenia kary.
- Ona ma rację, Fred - do rozmowy wkroczył pierwszy raz Thomson. - Poza tym… możemy się trochę zabawić, a nie sprzątać po nudnemu.
- Jest w ogóle takie słowo, jak “nudnemu”? - spytał Fred i wziął się za czyszczenie regałów z dziwnymi słoikami. Nikt z nich nie chciał wiedzieć co tam jest, więc z ulgą przyjęli zajęcie Gryfona.
- Ktoś mówił o tym, by porobić coś kreatywnego? - westchnęła Ross, układając tomy książek.
- Tak… - zaczął Tomm, biorąc rozpęd i rzucając śliskim przedmiotem.
Mokra gąbka dotarła do celu. A co było celem? Teraz już przemoczona koszula panny Lestrange.
- Co wy wszyscy macie z tą wodą?! - warknęła  Rosie, czując jak na jej głowie zaczynają pojawiać się loki. - Broń się hipokryto! - teraz to on został trafiony przez mokrą ścierkę.
- Tak chcesz się bawić? Okej, w takim razie… - wziął wiadro i zrobił zamach. W ostatnim momencie jednak zmienił jej trajektorię lotu i skierował strumień na nic niespodziewającego się Fredrika.
- Co wy do cholery robicie?! - krzyknął Weasley, wymachując słoikiem, który usilnie próbował doczyścić.
- Jak to co? Sprzątamy! - zaśmiał się Thomson.
- Oczywiście! Zebrało ci się na bratanie z obślizgłymi wężami, a do tego syfisz!
W odpowiedzi dostał mopem w twarz.
- Weasley nie emanuj zazdrością o swojego narzeczonego, tylko czyść słoik, bo mam wrażenie, że coś chce z niego wyjść i cię zjeść - córka Belli uważnie zmierzyła wzrokiem szklany pojemnik.
- Oh zamknij się, Lestrange!
To była bardzo spontaniczna decyzja, ale jedna z lepszych w jego życiu. Widok złej Rosie ze szmatą oblepioną dziwnym glutem na twarzy, wylądował na górze listy przyjemnych wspomnień. Jednak to, co stało się potem… nie było już takie ujmujące.
- Weasley, wiesz na ile sposobów można zginąć?! - krzyknęła dziewczyna. Fala bólu, którą do tej pory czuła, zaczęła ustępować. W jej umyśle echem odbijała się formułka o szacunku do lepszych. Brunetka zamrugała kilkakrotnie, po czym szturchając jeden regał, wywróciła jego zawartość na chłopaka.
- Cholera jasna! - krzyknął Weasley. Na jego szczęście zawartość nie była ani trucizną, ani kwasem, tylko kolorowym płynem zostawiającym plamy. Szybko się zreflektował i odkręcił przypadkową fiolkę. Postanowił wylać jej zawartość na Rosie.
Nagle drzwi się otworzyły na całą szerokość, a nowa zawartość wiadra, które przygotował Tomm, którego z kolei zamysłem było pogodzić nim Gryfona i Ślizgonkę, wylała się na Jamesa.
- Co do… - zaczął, gdy pierwszy szok minął.
- Potter! Powiedz, czy masz może różdżkę? - zagadnęła Rosie, siląc się na spokój.
- Cooo? - spytał unosząc brwi do góry. - Co. Wy. WYRABIACIE?! Mcgonagall tutaj idzie, idioci…
- Cholera jasna - Thomson złapał się teatralnie za głowę. - Ciekawe co może nam zrobić… szlaban do końca roku?
- Ewentualnie załatwi nam spotkanie rodzinne - skwitowała Ślizgonka. - Weasley chcesz spotkać moich rodziców? Nie? To wysil raz swój rozumek! - pokazała na chłopaka stojącego w wielobarwnej plamie wymieszanej ze szkłem.
- A co mam zrobić bez różdżki? Schować się?!
Lestrange rozejrzała się dookoła.
- Dobra, żartuję, mam różdżkę - syn Złotego Chłopca pokręcił głową z lekkim uśmiechem. - Uspokój się Lestrange, załatwię to!
- Ale panie Szlachetne Serduszko… Nasz wybawco. Zamilcz - odpowiedziała nazbyt spokojnym tonem.
- Spadaj Ślizgonko. Fredrik, chodź tu!
Rosie zignorowała zaistniałą sytuację i ponownie zaczęła szperać w eliksirach. James wyczyścił ubranie pozostałej trójce jak i samemu sobie, czekając przy wyjściu na dyrektorkę.
Mcgonagall przekroczyła próg klasy i od razu zlustrowała ją wzrokiem.
- Wszyscy obecni?
- Tak pani psor - uśmiechnął się Tomm.
- Macie dzisiaj ważny sprawdzian z transmutacji, więc w drodze wyjątku zwolnię was z reszty szlabanu…
- Dziękujemy pani profesor - odparł James ukradkowo spoglądając na Rosie.
Dyrektorka opuściła pomieszczenie, nie zamykając za sobą drzwi. W jednej chwili wszyscy rzucili się na przód, pragnąc jak najszybciej wyjść z pomieszczenia.
Panna Lestrange sięgnęła po jedną z ciekawszych zlewek i wylała jej zawartość na głowę przechodzącego Fred’a. Natychmiast włosy, twarz i ubrania Gryfona były pokryte Odorosokiem.
- Nie żyjesz idiotko! Zgnijesz w męczarniach!
- Tak Weasley. Będę to z całą pewnością ja.
- A nie? - zaśmiał się Tomm.


_

- Kto w ogóle wpadł na pomysł rzucania się mydlinami? - sapnął James wchodząc do Wielkiej Sali.
- Ty w ogóle o to pytasz?!
- Tak Fred, pytam…
- Ja! To ja wpadłem na ten pomysł, a teraz się zamknijcie, bo wszyscy na nas patrzą! - szepnął Thomson, na co przyjaciele umilkli. Zajęli razem miejsca przy swoim stole, zaraz przy gronie nauczycielskim, obok dziewczyn.
- Fred, masz coś na…
- Nawet się nie odzywaj Rose!
- Ale…
- Zamknij się!
- Okej, okej, nie złość się tak - przewróciła oczami. - Zjedzcie porządne śniadanie, bo zaraz mamy sprawdzian z historii magii.
- A nie z transmutacji? - spytał Tomm wytrzeszczając na nią oczy. - Dyrka mówiła, że odpuszcza nam szlaban, bo mamy jakiś teścik…
- Z teorii i praktyki - wtrąciła się Nella. - Mamy dwa, a w sumie trzy. Jeden z historii i dwa z transmutacji.
Fredrik złapał się za głowę.
- Świetnie! Po prostu świetnie...
- E tam, u Binns’a można ściągać - stwierdziła Rose. - Poza tym… dzisiaj piątek, więc może dadzą nam trochę luzu i odpuszczą.
- A ja mam na imię Minerwa - skwitował James.
- I weź tutaj człowieku bądź miły - warknęła Weasley, biorąc do ręki kanapkę i udając się w stronę sali lekcyjnej. Oczy większości Gryfonów skierowały się na jej sylwetkę, gdy opuszczała Wielką Salę.
- A tę co ugryzło? - zapytał Ben, który właśnie dosiadł się obok Thomsona.
Tomm wzruszył ramionami, ale to Potter mu odpowiedział, jednocześnie szybko znikając z pola widzenia dziewczyn.
- Jak to co? Pewnie ma okres…


__

- Pociesza mnie myśl, że to już ostatnia lekcja - westchnęła Rose, prawie kładąc się na ławce.
Ostatnia i najnudniejsza (oczywiście poza historią magii) lekcja - Numerologia. Zazwyczaj ten przedmiot był na prawdę ciekawy, ale nie tym razem. Profesor postanowił zrobić powtórzenie z pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego i piątego roku, stwierdzając przy tym, że nikt nic nie potrafi, co było kompletną nieprawdą. Większość uczniów uczęszczających na jego zajęcia miała numerologię w mały paluszku, więc siedzieli teraz dumając nad nadchodzącym weekendem, bądź rozmyślając nad dzisiejszymi sprawdzianami, które swoją drogą zawierały ⅓ materiału, którego nigdy nie mieli.
- Jedyne co mnie pociesza, to to, że nie ma tu Jamesa… - odpowiedziała panna Nox. - Już dawno dostalibyśmy szlaban, albo zagadałby nas na śmierć.
- Ewentualnie zrobiłby sobie piknik - rozmarzyła się ruda.
- Albo wyczarowałby mini turniej Quidditcha… - stwierdził Tomm zza ich ławki.
- A ja jestem za piknikiem - wtrąciła się Carmen.
- A ja za tym, żebyście się uciszyli! - warknął w ich stronę nauczyciel. - Chyba, że chcecie szlaban…
- Nie trzeba profesorze - uśmiechnął się Thomson.
- W takim razie wracajcie do roboty!
- Nienawidzę go - warknęła Rose po chwili.
Chłopak uśmiechnął się szeroko, po czym rzucił:
- Ja bardziej.
- Nell - szepnęła Carmen. - Możemy porozmawiać?
- A chcesz szlaban?
- Nie…
- To nie teraz - odpowiedziała szatynka.
- Po lekcji? - spytała tamta.
- Mhm… jak znajdziesz czas, to tak.


__

Will Zabini właśnie zmierzał do wyjścia z dormitorium. Chciał uniknąć niepotrzebnych zatargów, dlatego też nie patrząc na nikogo, wyszedł na korytarz. Na ten sam pomysł wpadli Scorpius z Nott’em, więc chcąc, czy nie musieli iść razem.
Między współlokatorami panowała niezręczna cisza, którą w końcu przerwał Timothy.
- Chłopaki mam tego dość! Dogadajcie się wreszcie! - warknął i poszedł szybciej w stronę boiska, nie spoglądając więcej na kumpli.
Scorpius skwitował to pokiwaniem głową i teatralnym gestem rąk.
- Williamie. Teraz nie ma żartów. Musimy się pogodzić. Inaczej panna Timothy pozabija nas we śnie - zagadnął cynicznie.
Zabini wzruszył ramionami, ignorując wredną zaczepkę.
- Zabini… ty na serio wierzysz, że ja tak na serio biorę tę gadkę o godzeniu się? - zapytał blondyn. - Nie jestem babą, żeby przejmować się tyle “sprzeczką”, której nie było. Musisz pozamykać pewne sprawy, ale to już mnie nie dotyczy - Malfoy uderzył otwartą dłonią w swoje czoło.
Will uśmiechnął się krzywo na gest blondyna i skinął głową na znak, że się z nim zgadza.
- To jaka jest taktyka?


__

Liliane wracała z treningu quiddicha. Jej koszulka na plecach była cała mokra. W prawej ręce trzymała pałkarską pałkę i kręciła nią. Była zmęczona, ćwiczenia jakie odbyli były bardzo wyczerpujące. Kapitan, mimo początku sezonu, bardzo dużo wymagał od swojej drużyny. Miał nadzieję, że po roku przerwy uda im się odzyskać Puchar od Krukonów. Lili jednak przez cały trening nie mogła się skupić, przez co szło jej gorzej niż zwykle. Jej myśli zaprzątał Blaid. Jej kuzyn napisał do niej kolejny list. Odebrała go dzisiejszego dnia na śniadaniu. Nie miała jeszcze czasu na odczytanie, a nie chciała otwierać go w Wielkiej Sali. Nie lubiła gdy ktoś czytał lub przeglądał jej korespondencję, co było nieuniknione przy śniadaniu. Gdy tylko coś do kogoś przyjdzie od razu rzuca się na niego chmara zgłodniałych oczu, pragnących nowych informacji, plotek, sensacji. To był chyba już czwarty albo piąty list, jaki otrzymała. Nie narzekała na taki obrót spraw. To odrywało ją od codziennych zmartwień. Na razie nie mówiła Nelli o tym, że ich kuzyn się odezwał. Jednak wciąż uważała, że powinna to zrobić i obiecała sobie oznajmienie jej tego w najbliższym czasie. Z taką myślą weszła do Pokoju Wspólnego, z którego jak najprędzej przeszła do swojego dormitorium i rzucając szybki uśmiech Smith, skierowała się pod prysznic.

__

Starała się iść najszybciej jak mogła, aby tylko ominęła ją rozmowa. Wiedziała, że to najgorsze, co mogła zrobić, ale nie miała siły na wysłuchiwanie tłumaczenia się. Szczególnie, że ostatnio zebrało jej się na przemyślenia, co skutkowało kolejnymi nieprzespanymi nocami. Jedyne na co miała teraz ochotę to wysoko kofeinowa kawa, która stawiłaby ją na nogi.
Wyminęła większość uczniów, ruszając w stronę wyjścia ze szkoły. Chciała się zaszyć w miejscu, gdzie nikt jej nie znajdzie, nie będzie do niej mówił, tłumaczył, usprawiedliwiał się… Gdzie po prostu nikogo nie spotka.
Szła więc lekko się kuląc i zakrywając torbą, aby Carmen nie rozpoznała, że to właśnie ona. W pewnym momencie usłyszała szybkie kroki za sobą i krzyk:
- Nell, poczekaj!
Przyśpieszyła więc bardziej, jednak nie zdało się to na wiele.
- Ej, ja chcę tylko porozmawiać! Wyjaśnić… kilka rzeczy. Nella…
- Posłuchaj Carmen, dziwnym trafem ja nie mam ochoty rozmawiać! Walić, że zachowuję się jak typowa nastolatka z problemem, ale po prostu… nie rozumiem, czemu nie zagadałaś chociaż raz, przecież to zajmuje kilka minut, sekund! Albo odpowiedź… o unikaniu już nawet nie wspominam!
- To próbuję wyjaśnić!
Uspokoić się nie jest łatwo, gdy zaczyna ci wirować w głowie, czujesz szum własnej krwi, szybsze bicie serca i nie możesz złapać oddechu…
- Tak, muszę wyjść na zewnątrz… - wyszeptała, przytrzymując się ściany i wychodząc z budynku.
- Wszystko w porządku? - spytała blondynka.
- Tak, jest okej. A teraz mów, ale nie oczekuj, że zrozumiem.
- Pamiętasz te wszystkie moje zniknięcia i brak rozmów?
Pokiwała szybko głową, nakazując koleżance kontynuację.
- Poznałam kogoś… i mieszka on w Hogsmeade, z pochodzenia jest Francuzem i… jest moim ideałem - uśmiechnęła się Carmen. - Zaczęliśmy się spotykać miesiąc przed początkiem tego roku szkolnego, super nam się rozmawiało, i ogólnie… jest trzy lata starszy i uczył się w Durmstrangu. To dla niego znikam tak po lekcjach i czasami na nich. Muszę się z tym ukrywać, sama rozumiesz. Dochodzi też problem jego rodziny, ale to już nie teraz - machnęła lekceważąco ręką.
Ruszyły bezwiednie w stronę boiska do Quidditcha, po drodze jednak zatrzymując się na błoniach.
- Jak się nazywa?
- Jérémy… to piękne imię - rozmarzyła się. - Ale to sekret, więc proszę cię o jego zachowanie Nell.
- Poważnie? Super. To teraz powiedz mi, co ma do tego Thomson.
- Kto…
- Fredrik - przerwała jej. - Po akcji z jeziorem.
Na twarzy panny Frostie wykwitnął wielki rumieniec.
- On wie o… o tym wszystkim.
- Okej, ale nadal nie rozumiem braku rozmowy z twojej strony. Jak mi to wyjaśnisz?
- Na to nie mam wyjaśnienia - wyrzuciła ręce na boki - po prostu, może potrzebowałam przerwy? Sama nie wiem, ale przecież ty też miałaś tak z siostrą, prawda?
- Carmen? Skąd możesz wiedzieć co działo się pomiędzy mną, a moją siostrą, jeśli ze sobą nie rozmawiałyśmy?
- Och… bo ludzie mówią… i ja sądziłam…
- A ja nie sądziłam, że jesteś aż tak głupia! Jak można oceniać jakąś sytuację, albo osobę po przez to co mówią ludzie?!
- Nell, ja…
- Daj mi spokój. Chyba muszę to przemyśleć. Jak na razie masz słabą wymówkę i wątpię, żeby płynęła chodź trochę z serca. Rozumiem, każdy ma swoje sprawy i tak dalej, ale nie w przypadku gdy widzisz, że drugą osobę to boli, a ty nie robisz z tym nic przez bite dwa miesiące…
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku jeziora.


__


Czy ona nie może dać jej spokoju? Pojawiła się nie wiadomo skąd i teraz nie opuszcza dziewczyny na krok. Ten dziwny ból rozchodzący się po ciele… nie był zwyczajny. Dlaczego się pojawia? Ślizgonka przechodziła właśnie przez szkolne krużganki. Rozmyślała o postaci, którą po raz pierwszy spotkała po powrocie od kuzyna. Najgorsze, że nie mogła się od niej nic dowiedzieć. Rosie odchrząknęła głośno. Ponownie poczuła jakby jej żyły miał strawić ogień. Zacisnęła zęby i skręciła w boczną dróżkę. Przeszła parę kroków i zauważyła Nellę. Dziewczyna siedziała na murku, blisko jeziorka, wpatrując się przed siebie. Ewidentnie, coś ją głowiło. Panna Lestrange bez zawahania podeszła do przyjaciółki.
- Zasłaniasz mi słońce człowieku - warknęła po dłuższej chwili młodsza Nox.
- Nie ładnie być takim niemiłym - odpowiedziała Ross.
- Czasami trzeba, a teraz przesuń się i usiądź jak człowiek - stwierdziła przyjaciółka.
- Nad czym tak rozmyślasz? - zapytała Lestrange.
- A jak bardzo obchodzi cię Carmen Frostie?
- Tyle co nic… Ale ty już trochę - uśmiechnęła się wymownie, po czym złożyła ręce na krzyż. - Cóż zrobiła nasza tleniona Francuzeczka?
- Znika na całe dnie, często nie pojawia się na lekcjach, nie rozmawia z nikim z naszej gryfońskiej paczki… a dzisiaj próbowała wcisnąć mi kit, że wszystko przez nowo poznanego chłopaka, który mieszka w Hogsmeade. Także tak.
- Ja tam bym się cieszyła na twoim miejscu - wzruszyła ramionami.
- Nie pomagasz - westchnęła przeciągle, podciągając kolana pod brodę.
- Eghem - brunetka kaszlnęła teatralnie. - Co za wstrętna żabojadka! Jak ona tak może?! A tak na serio, wiesz… To wila. One mają takie dziwne podrygi.
- Mhm, poniekąd masz rację. Ale i tak, jedyne na co mam teraz ochotę to nie myśleć… jakoś - skrzywiła się.
- Tylko nie zapomnij pomyśleć o oddychaniu, bo uwierz mi… Bezdech nie jest komfortowy - Rosie uśmiechnęła się lekko. - A jak chcesz, to zaraz coś wymyślę i panna Znikam-Frostie już nigdy nie pomyśli o tym, by kogoś zawieźć - parsknęła śmiechem z delikatną iskrą w oku.
- Dobrze się bawisz, jak widzę - Nella również się śmiała. - Ale wiesz co? Miałam na myśli upicie się. Takie solidne, z dużym kacem?
- Nie uwierzysz, ale muszę odmówić… Ostatnio chyba trochę przesadzam - córka Belli pokręciła przepraszająco głową. - Z resztą, ty panna honorowa? Trzeba dbać o tę waszą zakichaną reputację, a ostatnie wyczyny podopiecznych Domu Lwa są wręcz karygodne - powiedziała ze śmiertelną powagą, pilnując by się nie roześmiać.
- Auć - Gryfonka złapała się za serce. - James nadaje się do Slytherinu…
- Auć - przedrzeźniała ją przyjaciółka. - Słuchaj, bo ja w końcu zacznę myśleć, że wy wszyscy marzycie o zieleni i srebrze. Kolejny raz ktoś mi mówi, że on powinien lub mógłby być w Domu Węża… Salazarze broń! Takie zrzędy?
- A kto był pierwszy? - spytała podejrzliwie.
- Ktoś tam był…
- Nadal jestem ciekawa z jakim to innym Gryfonem rozmawia Rosie… Czekaj, czekaj. Thomson? - zaśmiała się.
- Eeee… Wiesz przecież, że ja dbam o swój image.
- Oczywiście Rosiaczku - zaśmiała się Nell.
- Tak - potaknęła Ślizgonka. - Co jeszcze powiesz Nellito?
- Tak jeszcze nawiążę, co się stało, że trochę przesadzasz z alkoholem?
- Znasz mnie. To wystarczy - parsknęła. - No i wiesz, dostałam tylko szlaban za niedostanie pozwolenia na wyjazd do rodziców, a myślałam, że mnie zabiją i zakopią. To trzeba było oblać. Poza tym panie z różnych pipidówek muszą mieć kandydatów do niewychowanych i nieprzyzwoitych nastolatków… Bo za ich czasów - Rosie wykonała ruch ręką, by zobrazować poczynania jednej ze spotkanych na wakacjach staruszek.
Nella nie odpowiedziała, ale wstała i podała pannie Lestrange rękę. Ta odwzajemniła gest Gryfonki.
- A jak tam Will? - spytała po chwili Nox.
- Skąd ja mam to wiedzieć? - Ślizgonka wzruszyła ramionami.
- Z twojej perspektywy, Rosie. Nie pytam jak on się czuje, tylko czy się pogodziliście, albo coś…
- Aaaa… To nie. Bo wiesz. Ja raczej niczym tam nie zawiniłam - stwierdziła.
- Ciężko by było, żebyś zawiniła. Nie przeprosił cię, ani nic? - spojrzała na pannę Lestrange.
- Wiesz. Mowa srebrem, milczenie złotem - Rosie zaśmiała się krótko. - Co z tego, ze to jakoś tak gryfońsko brzmi.
- E tam… w obecnym świetle można przymknąć na to oko.
- Pewnie tak - skwitowała córka Belli.

~~~
Cześć! 
A o to przed Wami rozdział 7. 
Mamy nadzieję, że przypadnie wam do gustu :)
Do następnego razu!
~ Rosie, Lily, Nella

poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział 6

Jak to zazwyczaj bywa paczka Ślizgonów znów spóźniła się na pierwszą lekcje. Oczywiście zdążyli obwinić za to cały świat i w pośpiechu wybiegli na korytarz. Następnie bijąc rekord czasowy, wydostali się z lochów.
- Powiedzcie mi, co was tak długo zatrzymało w dormitorium? - warknęła zdyszana Lili, biegnąc korytarzem.  
Chłopaki spojrzeli na nią wilkiem.
- Ty też nie jesteś lepsza - odpowiedział jej Tim.
- Wyszłam z pokoju trzy minuty szybciej - zaśmiała się nerwowo dziewczyna.
Po chwili zdyszana grupka wpadła do klasy i przepraszając za spóźnienie, usiedli w ławkach.
Nie chcąc przeszkadzać w prowadzonych zajęciach, wyciągnęli pióra i zaczęli przepisywać notatkę z tablicy. Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Runy na niej pokazane były całkowicie nowe i tak naprawdę nie wiedzieli co oznaczają.
- Pss… Johnson - szepnął Zabini w stronę kolegi z domu. - Jaki temat? I co to do cholery ma być? - zapytał widząc dziwaczne rysunki w notatkach szatyna.
- Panie Zabini! Nie mało, że się pan spóźnił to jeszcze przeszkadza pan innym uczniom! Szlaban! - krzyknęła nauczycielka odrywając się od pisania nowych znaków na tablicy.
- Ale pani profesor, ja…
- Nie ma żadnego ale, panie Zabini! Ma pan zostać po lekcjach.
Will westchnął ze zrezygnowaniem i powrócił do przerwanej czynności.
Reszta lekcji minęła spokojnie, bez zbędnych nieprzyjemności.


__

- Ale żeby być aż tak nieodpowiedzialnym?! Mogliście chociaż wyszukać jakoś to zaklęcie. Zmienić jezioro w…
- Ciszej kobieto, bo już na nas dziwnie patrzą - warknął Fredrik.
- Należy wam się! Jesteście cholernymi Gryfonami, a zachowaliście się gorzej niż jakiś ciapak-borsuk!
- Czyżby twoja duma na tym ucierpiała, Nox? - chłopak uśmiechnął się lekko.
- Bardzo - westchnęła Nella. - Odpuściła wam chociaż trochę?
Fred spojrzał na nią z powątpiewaniem wypisanym na twarzy i postukał się palcem w czoło.
- U niej nigdy takie coś nie przejdzie… mamy trzymiesięczny szlaban. Codziennie, z wyjątkiem niedziel, mamy się stawiać w jej gabinecie, a tam wydaje nam rozkazy. O piątej trzydzieści rano… - wydawał się na prawdę załamany. - Poza tym, już nam to mówiłaś.
- Dobra, wiem. Mam przestać, bo jeszcze bardziej dołuję - machnęła rękami. - Powiedz mi chociaż co było dalej. W sensie po waszym wyjściu z Pokoju Wspólnego.
- James ci nie powiedział?
Pokręciła przecząco głową i przeniosła wzrok na szatyna, który spał na kanapie. Słodki widok psuły szczegóły, które teraz było widać bardzo dokładnie: sine worki pod oczami, różne skarpetki, albo nawet pozycja w jakiej ulokował się Potter. Nell wiedziała, że J nigdy nie był nocnym markiem, że wolał się położyć spać trochę wcześniej niż koledzy. Mimo wszystko bliżej mu było do sowy niż rannego ptaszka.
- Gdy byliśmy już na korytarzu, biegliśmy z całych sił, tak jak nas ostrzegłaś - zaczął Fred. - W pewnym momencie ktoś wciągnął nas do klasy i ogłuszył. Może dlatego, że James zaczął krzyczeć coś w stylu “To nie my! To nie byliśmy my!”. Jak się potem okazało, był to Tomm, ale nie sam.
- Kto z nim w takim razie był? - spytała Gryfonka. Jej mina wyrażała zaciekawienie.
Weasley wzruszył ramionami.
- Carmen.
To było trochę jak cios w brzuch i twarz jednocześnie. Jak cios z tego krzesła, którym zawsze groziła jej Rosie. Tak, dokładnie tak.
- Słyszeliście coś? - powiedziała neutralnym tonem, starając się zachować emocje wewnątrz.
- Chodzi ci o nią? Jakieś małe urywki, kawałek ich wspólnej rozmowy. Nic więcej.
- Powiedz to, co pamiętasz - westchnęła, wyczarowując sobie kubek ze świeżo zaparzoną kawą.
- Ale to tylko urywki.
- Mów.
- Cara wyglądała na dość zmęczoną, jakby chorą, ale głos miała silny jak zawsze - zaśmiał się. - Mówiła coś o nie dowiedzeniu się, a Thomson, że to załatwi… Potem straciłem przytomność, oczywiście za pomocą zaklęcia, a gdy się obudziłem… Puff! Frostie już nie było.
- Dokończymy tę rozmowę - westchnęła z niebezpiecznym błyskiem w oku. - Potter się budzi.


__


Panna Lestrange właśnie przybyła do Hogwartu. Rozglądnęła się dookoła i z ulgą stwierdziła, że ostatnia lekcja jeszcze się nie skończyła. Jak najszybciej skierowała się do swojego dormitorium. Ślizgonka wypakowała zawartość kufra, po czym usiadła na łóżko. Napawała się chwilą spokoju, którą zniszczyło wrażenie obecności kogoś jeszcze. Podniosła wzrok i zobaczyła dziewczynę przyglądającą się nastolatce. Rosie zamrugała kilkakrotnie, by upewnić się, iż nie są to przewidzenia. Ku jej zdziwieniu osoba ta nadal stała naprzeciw niej. Ślizgonka mogłaby przysiąc, że jej gość wygląda identycznie jak ona, lecz jakby wyprana z kolorów.
- Witaj Rosie - głos nowo przybyłej rozległ się echem w głowie Lestrange. Tajemnicza postać podeszła bliżej i wyciągnęła rękę ku brunetce. Tamta jak urzeczona przyglądała się zaistniałej sytuacji. Po chwili, dotknięta niewytłumaczalną pokusą, złapała za dłoń dziewczyny. W tym samym momencie usłyszała śmiech, a wizja rozmyła się, pozostawiając po sobie wspomnienie. Córka Belli straciła na moment świadomość. Nie potrafiła wytłumaczyć sobie co właśnie miało miejsce. Czując kłębiące się myśli w jej głowie, odetchnęła głęboko i rzuciła się twarzą w pościel.

__

Siedziała starając się nie słuchać rozmowy przyjaciół, która mimowolnie obijała się o jej uszy. Rozmyślała nad zachowaniem panny Frostie… nad jej unikaniem i brakiem zainteresowania. Tak, to ją bardzo bolało, a Carmen mimo przeprosin i ciągłych zapewnień nie spędzała z nią ani chwili. Nie uczyły się razem, nie rozmawiały… tak jakby nagle wszystko zniknęło.
Zganiła się w myślach. Są teraz gorsze sprawy niż to.
- Co mówiłeś? - zagadnęła do Jamesa, który o dziwo odpowiedział jej uśmiechem.
- Mam plan.
Nella uniosła ręce ku górze.
- Błagam, powiedz, że nie chodzi o tę sprawę z jeziorkiem.
- Tym razem nie. Chodziło mi o Thomsona i Frostie. Oni coś kręcą…
- Masz na myśli… ze sobą? - podłapał Fredrik.
- A bo ja wiem. Może. Tak to sobie wygląda - odparł syn Złotego Chłopca.
- Potter, rusz głową - westchnęła szatynka. - Są przyjaciółmi, ale w ten drugi sposób… to by się nawet kijem nie tknęli. Poza tym, Carmen woli Francuzów.
- No tak… Te zamiłowanie do rodzimych żabojadów - parsknął Fred.
- A jaki miałeś plan? - zwróciła się bezpośrednio do Jamesa.
Szatyn wzruszył ramionami.
- Chciałem zaczekać aż wrócą tutaj. Przyłapać ich! Tak, żeby musieli się tłumaczyć.
- W sumie to nie byłby taki zły pomysł - zamachnął się Fred. - A brzmiałoby to tak: gdzie te rączki panowie… Panie też.
- Nieważne - skwitowała Nell. - Róbcie sobie co chcecie, a ja idę się przejść.
__

Rosie po wyjściu z pokoju, skierowała się na błonia. Przypuszczała, że osoba którą szuka, najpewniej będzie tam obecna. Zdawała sobie sprawę z następstw, ale mimo to czuła, że powinna wyjaśnić parę spraw. Rozglądnęła się dookoła i z ulgą stwierdziła, że Tomm Thomson szedł właśnie przez łąkę. Na całe szczęście był sam. Trudno byłoby się wytłumaczyć bez dłuższej gadaniny, po co panna Lestrange - szkolna psychopatka - chce porozmawiać z Gryfonem w cztery oczy. Przyśpieszyła, by go dogonić, po czym złapała jego przedramię.
Chłopak odwrócił się zaskoczony, wytrzeszczając oczy na Rosie.
- Możemy pogadać?  - zaczęła niepewnie dziewczyna. Odpowiedziało jej kiwnięcie głową. Zaraz też szli w stronę jednego z malutkich lasków, do którego prowadziła bardzo duża łąka, porośnięta wyłącznie trawą. Lestrange milczała chwilę, ale w końcu zdecydowała się zabrać głos.
- Chciałam ci podziękować za pomoc. Powinna to być pierwsza rzecz jaką miałam wtedy zrobić - powiedziała spokojnie, siląc się na powagę.
- Nie ma sprawy, nie zrobiłem tego dla twoich podziękowań - odpowiedział ważąc słowa.
- Tak, ale nie było to uprzejme z mojej strony - odparła. - Mało tego.  Zdaje się, że ciebie wcześniej obraziłam. Przepraszam za to… No wiesz. Wtedy ten cały sekret… Powinnam się zorientować już kiedy powiedziałeś, dlaczego tiara dokonała takiego wyboru. Mój rozum był jednak lekko przytłumiony przez cały tamtejszy dzień - dodała na jednym wdechu.
- Jasne. Nie ma sprawy, Lestrange - patrzył jej prosto w oczy.
Dziewczyna w odpowiedzi parsknęła śmiechem.
- No co? - westchnął Tomm.
- Nic. Zawiodłam się na swoich własnych oczekiwaniach - skwitowała.
- A co mam zrobić? Oh, Lestrange! Uratowałem ci życie, teraz będziesz robić mi zadania przez rok! - wyszczerzył się.
- Oczywiście. Czyli nie musisz się martwić o zielarstwo… W sumie to ja też mam je gdzieś. Tylko potem bez zażaleń za brak tego i owego.
- Lepsze to niż nic - stwierdził nerwowo przygładzając włosy.
- Ale to jest nic - Rosie pokiwała głową z politowaniem.
- Zachwycający fakt z życia uratowanej przeze mnie Ślizgonki! Słuchajcie wszyscy - krzyknął wesołym głosem.
- Uważaj, żeby ciebie nie musiał nikt ratować - Lestrange zgromiła go wzrokiem za ten czyn.
Chłopak nie odpowiedział, ale zrobił posępną minę.
- O co ci chodzi? - zapytała zrezygnowana.
- O nic. Masz zupełną rację. Moja cała kariera poszłaby się rypać, gdybyś musiała mnie ratować… nie wspominając już o dziewczynach - skwitował z udawanym smutkiem.
- Pal sześć z nimi - machnęła ręką. - Reputacja szkolnej psychopatki zostałaby splamiona na całe życie, a moja rodzinka zapisałaby mnie na zajęcia indywidualne - zaśmiała się z pogardą. - Także jak widzisz, jest to sytuacja niebezpieczna dla nas obojga.   
- To może jakieś ustronne miejsce? Chyba, że to wszystko co chciałaś mi powiedzieć, mała.
- Nie.  
- To dobrze, bo ja mam pytanie - zawahał się przez chwilę - Ogólnie… masz powiązania z czarną magią, a tak jakby…
- Okej… Co zrobiłeś? - dziewczyna zmarszczyła brwi i uważnie przyglądała się swojemu rozmówcy.
- Nie ja. Idioci - westchnął. - Potter i Weasley. Ci debile byli w Zakazanym Dziale i znaleźli jakieś zaklęcie… Sam do końca nie wiem, ale dyrektorka uznała mnie za współwinnego całej sytuacji.
- Ach Gryfoni i wasze przygody. Kiedy zrozumiecie, że lewki brać się nie powinny za intrygi i łamanie zasad? Co takiego tam znaleźli, że Mcgonagall tak zareagowała?
- Dziwne zaklęcie … - odpowiedział.
- Rozumiem. Czyli tak zwana szkolna czarna magia… Która z takową prawie nie ma nic wspólnego - rzuciła w zamyśleniu. - Nie to, że ją praktykuję - uniosła ręce w obronnym geście.
- No tak.... właśnie. Więc… ja wiem, że to zależy od zaklęcia, ale jest jakaś możliwość, żeby  odczarować to jezioro?
- Hmmm… Powiem tylko, że to moje pierwsze godziny od przyjazdu z powrotem i nie wiem co masz na myśli królu elokwencji i etykiety - parsknęła Ross.
- Oj nie denerwuj się przez moją kulturę aka ciapowatość  - zaśmiał się. - Te patałachy zmieniły wodę w jeziorze na truciznę. Znaleźli zaklęcie na zmienienie wody w to coś, więc pobrali próbkę z jeziora, ale okazało się, że zaklęcie działa na całą wodę, z której pochodziła próbka, a nie na samą próbkę. Wiem, zawiłe - stwierdził.
- Rozumiem. Vindicta Levis i te sprawy. Może umiem coś temu zaradzić, a może nie. Co z tego będę mieć? - zapytała śmiertelnie poważnie.
- Przychylność kolegi, który cię uratował? Albo spłacony dług - wyszczerzył się Gryfon.
- Podobno ty nic wspólnego z tym nie masz - zauważyła sprytnie. - A Szlachetnemu Sercu Potterowi i co ważniejsze Weasleyowi nie jestem nic winna.
- Ale Rosie! To moi przyjaciele, oni ratowali moją seksi dupę, więc ja czasami ich nędzne tyłki też muszę.
Dziewczyna odchrząknęła teatralnie.
- Albo… zrobię ci ten długi esej z historii magii - westchnął. - Mogę przysiąc, że będzie na wybitny.
- Widzisz? Jednak można się z tobą dogadać… O! Tak przy okazji… Co dostaliśmy z Zielarstwa?
- Powyżej oczekiwań… Nie patrz tak na mnie! To Jameska się nie nauczyła tekstu.
- To ja jednak nie pamiętam jak pozbyć się skutków nieudolnego rzucenia tego przyjemnego zaklęcia. Tak przy tym podtopieniu zapomniałam - warknęła.
- Dwa eseje - wzdrygnął się lekko. - Z historii magii i transmutacji.
- Wyglądasz jakbyś podpisywał cyrograf - parsknęła. - Niech ci będzie.
- Bo podpisuję… Rosie… jest jeden haczyk.
- Słucham cię bardzo uważnie - odparła.
- Zaklęcie przeciwdziałające ma być rzucone przez jednego z naszej trójki ofiar.
- Eee… No to niestety zrobić nic się nie da. Albo rzucę to ja albo… papa życie w jeziorku na stałe.
- Pięć esei?
- Nie Thomson. Tego nie da się wykupić.
- Ale w czym ty widzisz problem? Podajesz mi formułkę, uczysz i już. Mamy wypowiadać zaklęcie przy dyrektorce, to część kary…
- Nie. Przyswój ten fakt. Czy twoja nieszczęsna główka tego nie pojmuje, że czarną magię tego rodzaju można zlikwidować tylko czarną magią? Nikt nie będzie przy uprzejmej pani dyrektor rzucał takimi zaklęciami. To jest część sprawdzająca czy dacie sobie z tym radę. Jak tak… Pojawią się pytania i dochodzenie. Mogę to załatwić, ale nikt oprócz naszej dwójki wiedzieć o tym nie będzie. Mcgonagall uzna, że coś sknocili i zaklęcie się nie utrwaliło, a my wszyscy wyjdziemy na czysto - skończyła wykład.
- To dziwne, ale pokładam w tobie nadzieję - skwitował jej słowa. - No to daj czadu mała, bo nie mamy zbyt wiele czasu… Pewnie już mnie szukają.
Dziewczyna spojrzała na niego z niezrozumieniem.
- Jameska i Fredzik - przewrócił oczami.
- A niby czemu? Zakochani? - Ślizgonka uniosła jedną brew w wymownym geście.
- Nie wiem, może. Raczej chodzi o to, że znam zaklęcie na szybkie ułożenie włosów, które im jest potrzebne przed spaniem… czego w ogóle nie rozumiem, ale to ich sprawa. Odpowiadając na twoją ripostę, nie podam im go, bo lubię patrzeć jak mnie o nie błagają - zaśmiał się.
Ta w odpowiedzi uśmiechnęła się krótko.

Gdy już udało się im wymknąć, Rosie wraz z Tommem jak najszybciej udali się nad jezioro. Nikogo nie było w pobliżu, dlatego też nie musieli zawracać sobie głowy nie wiadomo jak wielką dyskrecją.
Córka Belli stanęła nad taflą wody i zaczęła coś mamrotać.
- Co mówisz mała? - Thomson nie zrozumiał ani jednego słowa.
Ta skinęła na niego ręką, a kiedy skończyła zaczętą czynność, odezwała się:
- Odwracam zaklęcie. Jest to dość trudne, bo zazwyczaj nie ma się do czynienia z taką ilością zatrutej substancji.
- Mhm, no jasne. To ja sobie usiądę - mruknął chłopak.
- To siedź - stwierdziła dziewczyna, po czym ponownie wróciła do wymawiania inkantacji.
Gryfon zaczął się kręcić.
- Myślałem, że to będzie ciekawsze…
- Przepraszam, że cię zawiodłam - syknęła. Jej myśli momentalnie skierowały się na wyczerpujące się siły Ślizgonki. Zaklęcie było niewyobrażalnie wycięczające, ale nie miała zamiaru udawać, ani tym bardziej wywoływać różnych efektów.
Ta magia nie była jedną z widowiskowych odmian. Przecież gdy planuje się czyjąś śmierć, nie krzyczy się o tym na prawo i lewo.
- Nie ty, tylko oni - odrzekł wesoło wychowanek domu Lwa.
Po paru kolejnych minutach, Rosie odeszła parę kroków i usiadła na trawie obok swojego towarzysza.
- Zaraz wszystko wróci do normy - odetchnęła głęboko.
- Dzięki mała.


__


- Rosie, poczekaj - powiedziała Lil, podchodząc do napotkanej przyjaciółki.- Jak tam?
- Bywało lepiej, ale da się żyć - odparła tamta. - Jak tam wrażenia z dwóch tygodni sam na sam z naszą współlokatorką?
- Powiem ci, że sama się dziwię, ale nie było najgorzej - wzruszyła ramionami Ily. - To były najlepiej spędzone chwile ze Smith w moim całym życiu.
- Aha. Też tęskniłam Liliane - parsknęła córka Belli. - Z kolei ja nigdy, tak jak tego razu, nie musiałam od siebie odganiać nadopiekuńczych skrzatów… No nie tylko - urwała.
- No a co tam u Draco?
- Dobrze. Powiem ci, że mi nie narzekał. Daje sobie radę ten mój kuzyn - Rosie wzięła głęboki oddech. - Także wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- To dobrze - westchnęła Lil. - Ogarnęłaś o co dzisiaj chodziło na runach?
- Nie było mnie jeszcze w murach tej cudownej szkółki - burknęła Rosie ze zwątpieniem. - Przyjechałam po lekcjach.   
Lili zmieszała się i poprawiła swojego kucyka.
- Aha, to jak coś to były dziwne symbole i ja nie dałam rady tego zrozumieć, wiec będziesz musiała sobie nadrobić od kogoś innego…  
- Przeżyję. Nie z takich rzeczy wychodziłam na prostą.
__


- Łosie! Tak, wy! Wołam was i wołam, a wy nic! - krzyknęła Gryfonka, pędząc ku przyjaciółkom. Na jej twarzy gościł szeroki uśmiech. - Co powiedzie na  wieczór filmowy?
- Ja mam inne plany na dzisiaj - powiedziała Lili i przyśpieszyła kroku.
- Lili! Droga siostro, jeśli teraz odejdziesz, to zachowam się jak Ślizgon i uderzę w ciebie zaklęciem od tyłu! - zbulwersowała się Nella. Starsza Nox odwróciła się przez ramię i uniosła z powątpiewaniem brew.
- Ja też nie mogę - dodała szybko córka Belli.
Gryfonka pokręciła głową.
- Jasne! Wy zawsze nie możecie.
Rosie wzruszyła ramionami.
- No niestety droga Nello, chciałabym ci pomóc ale… Mam podwójną randkę. Ja i whiskey razem z Nottem i jego trunkami.
- Czy wy się za często nie spotykacie? - spytała młodsza panna Nox.
- Jesteś o mnie zazdrosna?
- Nie... Lili, może przynajmniej ty?
Liliane odwróciła się i szła dalej tyłem.
- Nie siostro. Dzisiaj mam projekt, znowu, i kończę czytać książkę, oraz… na pewno znajdzie się wiele rzeczy, które muszę dzisiaj zrobić - powiedziała (już) brunetka.
Nagle wpadła plecami na coś, a raczej na kogoś. Rosie i Nella zaczęły się śmiać, a Lili odwróciła się i uśmiechnęła przepraszająco w stronę Puchona, na którego ciele się zatrzymała.
- Może połóż się spać - stwierdziła Gryfonka. - Jesteś zbyt rozkojarzona.
Liliane wzruszyła ramionami, poprawiła marynarkę i skierowała się w stronę lochów. Nell pokręciła głową i zakładając ramiona na pierś, ruszyła schodami do swojego dormitorium.


__


Córka Belli jak najszybciej skierowała się do dormitoriów chłopaków. Gdy była na miejscu, zapukała w grube zdobione drzwi. Po chwili otworzyły się i stanął w nich Will. Oczy Rosie zaświeciły się. Minęła chłopaka i weszła do pomieszczenia.
- Cześć Rosie - Tim uśmiechnął się na jej widok.
- Hej - rzuciła krótko. - Nott, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę przed moim wyjazdem? - popatrzyła na niego znacząco.
Chłopak uniósł brwi w zdziwieniu, jednak po chwili uśmiechnął się cwanie.
- Oczywiście, że pamiętam, a co chcesz udać się na to piękne spotkanie, które planowaliśmy?
Rosie kiwnęła tylko głową.
- O której i u kogo? - zapytał ze śmiechem chłopak i zmierzwił swojej koleżance włosy.
- Jak najszybciej Tim - wypuściła ciężko powietrze. - Pokój Życzeń?
Chłopak skinął głową, wziął z łóżka swoją bluzę i łapiąc za kilka butelek, schował je pod materiał. Na koniec rzucił do Willa:
- Jak coś, to wrócę późno.
Zabini pokazał kciuka do góry i kontynuował czytanie książki.
Ślizgoni wyszli na korytarz i skierowali się w stronę Pokoju Życzeń.
Po kilku minutach byli już na miejscu. Otworzyli drzwi i ku ich uciesze zobaczyli kanapy, kominek i półki z alkoholami. Usiedli na sofie. Rosie otworzyła jedną z butelek i patrząc w przestrzeń, burknęła:
- Zabij mnie.
- Opowiadaj - powiedział chłopak i oparł łokcie na kolanach.
- Cholerne jezioro, durny Potter, Thomson, Zabini i cała reszta - westchnęła przeciągle. - Na dodatek Mcgonagall jutro zamieni mnie w karalucha, bo nie dosłałam zgody rodziców na wyjazd… Co i tak nie byłoby takie złe w porównaniu z uprzejmym listem do państwa Lestrange o nagannym zachowaniu ich dziecka… A! No i zaczynam mieć majaki - skwitowała.
- To widzę, że jest po co pić - powiedział Tim i stuknął się butelką z Rosie, po czym wziął z niej duży łyk. - Ale nie martw się, kiedyś będzie lepiej. Może.
- Nie wykluczone  - odparła dziewczyna, naśladując poczynania Ślizgona. - A co u ciebie?
- Powiem ci szczerze, że w miarę dobrze. Ostatni tydzień był w miarę, oprócz tego durnego napięcia między wszystkimi. Rodzice na razie się nie odzywają, więc nie mam się czym martwić. Jednak zawsze warto potowarzyszyć w utapianiu smutków, utapiając smutki - mruknął chłopak.
- Tyle dobrze. A co tam u pana Zabiniego, hmm?
- Wydaje mi się, że dobrze, ale jak cię interesuje to sama się spytaj - Tim wzruszył ramionami.
- Pomyślę nad tym jak jego widok przestanie mnie irytować - podsumowała.
Chłopak skinął głową i uniósł butelkę.
- To za co pijemy?
- Za nieprzyzwoitość dzieci arystokratów? - zaproponowała dziewczyna.
- Zawsze, Ross - zaśmiał się chłopak i podniósł butelkę do ust.

~~~

Cześć wszystkim! 
Dzisiaj w końcu rozdział 6. 
Mamy nadzieję, że się wam spodobał.
Do zobaczenia :)
~ Rosie, Nella, Liliane